Ostatnio huczy aż w mediach od plotek dotyczących transferu Luisa Suareza do City, powrotu Ronaldo do MU czy też kolejnych wielkich zakupów PSG...
Postanowiłem poruszyć temat dotyczący pieniędzy, przywiązania piłkarzy do swych klubów i powodów, dla których decydują się na tak radykalne kroki jak opuszczenie miejsc w których są kochani, szanowani i uwielbiani. Mało wymieniać tu takich piłkarzy jak Fernando Torres, Thierry Henry, Michael Owen, Cristiano Ronaldo, Robin Van Persie, Cesc Fabregas czy David Beckham. Wszyscy Ci panowie wzbudzili wielkie kontrowersje swoimi transferami, powodując nierzadko wielki smutek fanów, dla których byli niczym półbogowie, po prostu kochani
Opuszczenie Liverpoolu przez Fernando Torresa zabolało mnie najbardziej, człowiek który wielokrotnie mówił o swym przywiązaniu do barw, człowiek który całował liverbirda na piersi, który niejednokrotnie odmieniał w pojedynkę losy meczów...nagle odszedł, po prostu odszedł. Do dziś chodzi mi po głowie myśl "Dlaczego?". Dlaczego FT9 zrobił nam coś takiego, skazując się na wieczne potępienie, na bycie obiektem żartów czy obraźliwych przyśpiewek?
Dla pieniędzy?
Chelsea zaproponowała mu 5 letnia umowę, w której piłkarz miał dostać pensję o 30% wyższą niż w Liverpoolu. Przeliczmy to na złotówki. Znalazłem informację, że jego zarobek w LFC wynosił 110 tys. funtów. 30% więcej to 143 tys. Przyjmijmy zaniżony przelicznik 5 zł za funt
110 000 x 5 = 550 000 zł tygodniowo = 2,2 mln zł miesięcznie = 26,4 mln zł rocznie
143 000 x 5 = 715 000 zł tygodniowo = 2,86 mln miesięcznie = 34,32 mln zł rocznie
Różnica dość spora, 8 mln to niebotycznie w moim wyobrażeniu pieniądze. Ale czy rzeczywiście przy tak gigantycznej sumie pieniędzy robi to jakąś różnicę? Osobiście gdybym dostał w ręce roczną pensję Fernando to prawdopodobnie rzuciłbym szkołę, zbudowałbym wypasioną chałupę z basenem, kupił ze 3 samochody, a resztę zainwestowałbym w np. kupno mieszkań pod wynajem. Ustawiłbym się do końca życia i jeszcze zapewnił świetny start dla następnych pokoleń. Czy więc rzeczywiście piłkarzowi potrzeba pieniędzy? Moim zdaniem NIE jest to powód.
Dla pucharów?
Od odejścia z Liverpoolu Torres zwyciężył z Chelsea w finale Pucharu Anglii oraz w Lidze Mistrzów. Czy sam Nando może czuć satysfakcję z tych trofeów? Czy swoją grą przysłużył się znacząco do ich wygrania? Raczej nie, dlatego uważam, że porzucenie Liverpoolu było dla FT9 największym błędem jaki kiedykolwiek popełnił.
Z całą pewnością nie jest on już piłkarzem grającym na tym poziomie co w LFC. Słabe występy, mało bramek, dużo ławki. Oto nowy, niebieski Fernando Torres.
THE REDS
sobota, 17 listopada 2012
piątek, 16 listopada 2012
Urugwaj w Polsce!
Ostatni rozdział poświęcony moim Liverpoolowym marzeniom będzie dość krótki, bo i o czym tu pisać. Zawsze chciałem spotkać jakiegoś z moich idoli, a los chciał, że towarzyski mecz Polski i Urugwaju odbył się w zeszłą środę na PGE Arenie w Gdańsku. Dziwnym uczuciem było dla mnie siedzieć na trybunach z biało - czerwonym szalikiem...niby barwy narodowe, niby nasi, ale nieliczni zauważyli, że nie było na nim napisu Polska, a Liverpool - You'll never walk alone.
W sumie mecz reprezentacji sprawił mi wiele radości, dopingowanie naszej drużyny to wspaniała sprawa, odśpiewanie narodowego hymnu przez 40 000 kibiców jest super, ale ja i tak największą satysfakcję czułem widząc Luisa Suareza pogrążającego nasz zespół, dziwne ale prawdziwe...Luisa Suareza, którego dwa dni wcześniej miałem okazje spotkać pod hotelem Sheraton, podążającego z Sebastianem Coatesem na trening, który miał się odbyć na stadionie gdyńskiej Arki. Jako, że pod hotelem nie dałem rady zrobić sobie wymarzonej fotki z piłkarzem, szybko pognałem moim czerwonym Fiatem 600 do Gdyni, szlakiem którym pięć minut wcześniej jechał autokar Urugwajczyków.
Trzy razy, trzy razy piłkarze mijali mnie w odległości jednego metra i trzy razy mimo tego, że byłem jedynym stacjonującym tam kibicem, wystrojonym w klubowe barwy, to nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu. Przysłowie powiada, że "do trzech razy sztuka" ja jednak zmieniłem lekko jego słowa i za czwartym podejściem zdobyłem co chciałem - fantastyczne zdjęcie z Sebastianem...fotka z graczem The Reds, autograf zarówno Luisa jak i Seby, kolejny cel wykonany! Wszystko idzie jak bułka z masłem. Czego chcieć więcej?
W sumie mecz reprezentacji sprawił mi wiele radości, dopingowanie naszej drużyny to wspaniała sprawa, odśpiewanie narodowego hymnu przez 40 000 kibiców jest super, ale ja i tak największą satysfakcję czułem widząc Luisa Suareza pogrążającego nasz zespół, dziwne ale prawdziwe...Luisa Suareza, którego dwa dni wcześniej miałem okazje spotkać pod hotelem Sheraton, podążającego z Sebastianem Coatesem na trening, który miał się odbyć na stadionie gdyńskiej Arki. Jako, że pod hotelem nie dałem rady zrobić sobie wymarzonej fotki z piłkarzem, szybko pognałem moim czerwonym Fiatem 600 do Gdyni, szlakiem którym pięć minut wcześniej jechał autokar Urugwajczyków.
Trzy razy, trzy razy piłkarze mijali mnie w odległości jednego metra i trzy razy mimo tego, że byłem jedynym stacjonującym tam kibicem, wystrojonym w klubowe barwy, to nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu. Przysłowie powiada, że "do trzech razy sztuka" ja jednak zmieniłem lekko jego słowa i za czwartym podejściem zdobyłem co chciałem - fantastyczne zdjęcie z Sebastianem...fotka z graczem The Reds, autograf zarówno Luisa jak i Seby, kolejny cel wykonany! Wszystko idzie jak bułka z masłem. Czego chcieć więcej?
czwartek, 15 listopada 2012
A co dalej?
No właśnie, regularne oglądanie meczów, wizyta w Liverpoolu - nadszedł czas by postawić kolejny krok. Zamarzyło mi się znalezienie ludzi, którzy będą podzielać moje pasje, z którymi będzie można podjąć dyskusję na każdy temat związany z piłką nożną. Rozpocząłem poszukiwania grup dyskusyjnych, forów, zacząłem głębiej myszkować po stronach klubu. Dziwnym trafem, już po chwili portal społecznościowy facebook wyświetlił mi obiecująco wyglądającą nazwę LFC Supporters Trójmiasto. Szybko dołączyłem do czerwonej drużyny i już po kilku dniach wylądowałem na spotkaniu w sopockim pubie Tabula Rasa. Był to mecz Liverpoolu z Manchesterem United w ramach FA Cup.
Świetna atmosfera, głośny doping grupy kibiców przy piwku - to coś co powinien przeżyć każdy szanujący się fan piłki nożnej. Nic dziwnego że spotkania zaczęły odbywać się w miarę regularnie. Na sopockie oglądanie meczów przybywa cała okolica - Wejherowo, Rumia, Gdynia, Gdańsk, a nawet Malbork. Panowie odbywają prawie dwu godzinną wyprawę, aby obejrzeć mecz, to chyba świetnie pokazuje nasze zaangażowanie. Niebawem zamierzamy poszerzyć naszą aktywność o wspólne granie w piłkę czy krótkie filmiki ukazujące atmosferę podczas dopingu, może uda nam się zachęcić nowych kibiców do aktywnego uczestnictwa.
Najbardziej zapadł mi w pamięć pewien mroźny zimowy dzień, dzień finału Carling Cup, w którym na Wembley zmierzyły się zespołu Liverpoolu i Cardiff City. Po emocjonującej i wyrównanej rozgrywce spotkanie zakończyło się wynikiem 1-1. W dogrywce padły następne dwie bramki, było 2-2 i o zwycięstwie miały zadecydować rzuty karne...mimo słabego początku, nietrafionych strzałów Stevena Gerrarda i Charliego Adama ostatecznie to czerwoni odnieśli triumf wygrywający pierwsze trofeum od kilku sezonów, nasza radość była po prostu nie do opisania...był to mecz, który do tej pory jest rekordowy pod względem ilości obecnych na nim osób. Zebrało się nas aż 26 (w tym również kobiety!).
Ciekawe jest to, że w tak krótkim czasie udało mi się zrealizować tyle planów, pomysłów, a najlepsze jest to, że to wcale nie koniec opowieści ;)
Świetna atmosfera, głośny doping grupy kibiców przy piwku - to coś co powinien przeżyć każdy szanujący się fan piłki nożnej. Nic dziwnego że spotkania zaczęły odbywać się w miarę regularnie. Na sopockie oglądanie meczów przybywa cała okolica - Wejherowo, Rumia, Gdynia, Gdańsk, a nawet Malbork. Panowie odbywają prawie dwu godzinną wyprawę, aby obejrzeć mecz, to chyba świetnie pokazuje nasze zaangażowanie. Niebawem zamierzamy poszerzyć naszą aktywność o wspólne granie w piłkę czy krótkie filmiki ukazujące atmosferę podczas dopingu, może uda nam się zachęcić nowych kibiców do aktywnego uczestnictwa.
Najbardziej zapadł mi w pamięć pewien mroźny zimowy dzień, dzień finału Carling Cup, w którym na Wembley zmierzyły się zespołu Liverpoolu i Cardiff City. Po emocjonującej i wyrównanej rozgrywce spotkanie zakończyło się wynikiem 1-1. W dogrywce padły następne dwie bramki, było 2-2 i o zwycięstwie miały zadecydować rzuty karne...mimo słabego początku, nietrafionych strzałów Stevena Gerrarda i Charliego Adama ostatecznie to czerwoni odnieśli triumf wygrywający pierwsze trofeum od kilku sezonów, nasza radość była po prostu nie do opisania...był to mecz, który do tej pory jest rekordowy pod względem ilości obecnych na nim osób. Zebrało się nas aż 26 (w tym również kobiety!).
Ciekawe jest to, że w tak krótkim czasie udało mi się zrealizować tyle planów, pomysłów, a najlepsze jest to, że to wcale nie koniec opowieści ;)
środa, 14 listopada 2012
Z wizytą w Liverpoolu
Jest grudzień roku 2010 roku...nie wiem co wtedy strzeliło mojemu tacie do głowy. Był kilka dni przez kilkumiesięcznym wyjazdem do pracy, zawołał mnie do pokoju i powiedział "Młody, jedziemy do Liverpoolu?" Banan na twarzy, szybkie szukanie biletów i ciach. Wiem już, że za troszkę ponad pół roku odwiedzę Anfield...
Przychodzi wymarzony dzień 03.06.2011 roku, od dwóch sezonów oglądam każdy mecz czerwonych, jestem przygotowany na tę wizytę...spełnia się jedno z wielkich marzeń.
Lądujemy na lotnisku Johna Lennona rano, około 10. Kwaterujemy się w motelu w samym centrum miasta i rozpoczynamy zwiedzanie. Szlak ukochanego zespołu The Beatles - kilku etapowe muzeum, Cavern Club i generalnie centrum miasta...to plan na pierwszy dzień. Anfield odwiedzić mieliśmy następnego poranka...
Autobus podwozi nas praktycznie pod bramy stadionu...serce zaczyna bić mocniejszym rytmem, czuć lekki ścisk w gardle...ktoś powie że to śmiesznie i przesadzone, ale na prawdę emocje towarzyszące tej chwili były bardzo mocne. Seria pamiątkowych zdjęć pod pomnikiem Billa, chwila zadumy pod pomnikiem i słynną bramą, wizyta w tym gigantycznym czerwonym sklepie, cudowne chwile. Oryginalne koszulki FT9 były wtedy po bodaj 10 funtów, a i tak nikt ich nie tykał. Obkupiliśmy się w kilka gadżetów, po czym ruszyliśmy na trasę zwiedzania z angielskim przewodnikiem. Wizyta w szatni, dotknięcie słynnej tabliczki THIS IS ANFIELD, seria fotek, opowieści i anegdotki naszego oprowadzającego, ciągły uśmiech na twarzy - to towarzyszy chyba każdemu kibicowi odwiedzającemu stadion. Wyjście na murawę, chwila spędzona na The Kop, wspólnie odśpiewanie You'll Never Walk Alone...może to i proste, może każdy robi tak samo, ale jedno wiem na pewno, marzę by tam wrócić...cudowne jest to że kibice z całego świata chętnie odwiedzają nasz stadion, sam robiłem zdjęcie kibicowi Fiorentiny, który był zachwycony atmosferą Liverpoolu.
Po wędrówce stadionowej przyszedł czas na muzeum klubowe, to co najbardziej zapadło mi w pamięć to widok Pucharów Europy, cztery stojące obok siebie w jednej gablocie i ten piąty, stojący samotnie nieopodal, ozdobiony wstążkami, widać że szczególnie znaczący. Tuż obok sala z prelekcją filmu "The road to Instabul", w której bardzo duży fragment poświęcony jest Jurkowi Dudkowi, który tym jednym meczem zapisał się w historii klubu, kraju, a także w sercu każdego fana LFC.
Przychodzi wymarzony dzień 03.06.2011 roku, od dwóch sezonów oglądam każdy mecz czerwonych, jestem przygotowany na tę wizytę...spełnia się jedno z wielkich marzeń.
Lądujemy na lotnisku Johna Lennona rano, około 10. Kwaterujemy się w motelu w samym centrum miasta i rozpoczynamy zwiedzanie. Szlak ukochanego zespołu The Beatles - kilku etapowe muzeum, Cavern Club i generalnie centrum miasta...to plan na pierwszy dzień. Anfield odwiedzić mieliśmy następnego poranka...
Autobus podwozi nas praktycznie pod bramy stadionu...serce zaczyna bić mocniejszym rytmem, czuć lekki ścisk w gardle...ktoś powie że to śmiesznie i przesadzone, ale na prawdę emocje towarzyszące tej chwili były bardzo mocne. Seria pamiątkowych zdjęć pod pomnikiem Billa, chwila zadumy pod pomnikiem i słynną bramą, wizyta w tym gigantycznym czerwonym sklepie, cudowne chwile. Oryginalne koszulki FT9 były wtedy po bodaj 10 funtów, a i tak nikt ich nie tykał. Obkupiliśmy się w kilka gadżetów, po czym ruszyliśmy na trasę zwiedzania z angielskim przewodnikiem. Wizyta w szatni, dotknięcie słynnej tabliczki THIS IS ANFIELD, seria fotek, opowieści i anegdotki naszego oprowadzającego, ciągły uśmiech na twarzy - to towarzyszy chyba każdemu kibicowi odwiedzającemu stadion. Wyjście na murawę, chwila spędzona na The Kop, wspólnie odśpiewanie You'll Never Walk Alone...może to i proste, może każdy robi tak samo, ale jedno wiem na pewno, marzę by tam wrócić...cudowne jest to że kibice z całego świata chętnie odwiedzają nasz stadion, sam robiłem zdjęcie kibicowi Fiorentiny, który był zachwycony atmosferą Liverpoolu.
Po wędrówce stadionowej przyszedł czas na muzeum klubowe, to co najbardziej zapadło mi w pamięć to widok Pucharów Europy, cztery stojące obok siebie w jednej gablocie i ten piąty, stojący samotnie nieopodal, ozdobiony wstążkami, widać że szczególnie znaczący. Tuż obok sala z prelekcją filmu "The road to Instabul", w której bardzo duży fragment poświęcony jest Jurkowi Dudkowi, który tym jednym meczem zapisał się w historii klubu, kraju, a także w sercu każdego fana LFC.
Dlaczego?
Długo myślałem o tym, czy wreszcie zabrać się za pisanie jakiegoś bloga związanego z tematyką piłkarską, a właściwie z jednym tylko klubem, klubem który stał się dla mnie czymś więcej niż tylko zwykłą drużyną ligi angielskiej, bloga o Liverpool FC
Zainteresowanie piłką nożną to dla mnie rzecz naturalna...przychodzi taki moment, w którym mali chłopcy zwykle zaczynają lubić ten sport, interesować się klubami...zbierać koszulki piłkarskie, szaliki czy piłki. Podobnie było u mnie, rok 2002 - mundial w Korei i Japonii, szał na punkcie reprezentacji Brazylii i Luisa Nazaro De Limy - Ronaldo. Na moje 9 urodziny koniecznie chciałem dostać pełen set tego właśnie zawodnika, niestety w sklepie okazało się iż wykupiono wszystko co z nim związane...łzy cisną się do oczu, lecz jest jeszcze jeden strój, który szybko przyciąga moją uwagę...czerwony...Michael Owen, numer 10... wtedy się zaczęło....
Ciężko nazwać to co wtedy zaszło, lecz jako mały chłopiec znałem właściwie tylko dwa kluby piłkarskie, Real i Liverpool, ciężko nazwać to kibicowaniem bo co wtedy mogłem wiedzieć o prawdziwym kibicowaniu? Czy mogłem kiedyś marzyć, że tak to się rozwinie?
Przychodzi 25 maj roku pańskiego 2005, data którą każdy kibic Liverpoolu zna, data od której wielu kibiców zmieniło swoje nastawienie do sportu, do piłki nożnej i do Liverpoolu FC
Pamiętam, że położyłem się wtedy spać po pierwszej połowie i że był to pierwszy raz kiedy płakałem z powodu przegranej mojej drużyny...sytuację szybko zweryfikowały potem trzy okrzyki mojego taty, który wzorując się na swoim synu dopingował czerwonych...ten mecz pozostaje w pamięci każdego kibica do dziś, jako największy comeback w historii piłki nożnej. Od tamtego czasu zaczynają kiełkować w mojej głowie marzenia o wizycie na Anfield Road, o znalezieniu towarzyszy w tym moim kibicowaniu...o zrobieniu czegoś więcej...
Ciężko nazwać to co wtedy zaszło, lecz jako mały chłopiec znałem właściwie tylko dwa kluby piłkarskie, Real i Liverpool, ciężko nazwać to kibicowaniem bo co wtedy mogłem wiedzieć o prawdziwym kibicowaniu? Czy mogłem kiedyś marzyć, że tak to się rozwinie?
Przychodzi 25 maj roku pańskiego 2005, data którą każdy kibic Liverpoolu zna, data od której wielu kibiców zmieniło swoje nastawienie do sportu, do piłki nożnej i do Liverpoolu FC
Subskrybuj:
Posty (Atom)

